sobota, 12 października 2013

I ja tam byłam, miodu i mleka nie piłam

Ok. Byłam na spotkaniu z małżeństwem Searsów. Tłumy rzeczywiście były! I co najmilsze, byli rodzice z dziećmi. I to mi się najbardziej podobało.
Raczej nie powinnam się dziwić - temat spotkania był bardzo prorodzinny. Znam jednak polskie realia i rzadko mamy możliwość spotykania młodych rodziców z pociechami w miejscach publicznych, chyba, że na festynach podlewanych ogromnymi ilościami piwa! Wiele osób witało się czule / mamy/ co by znaczyło, że jest to grupa z tego samego podwórka /Szkoła Rodzenia Gaja, Stowarzyszenie Poznań w Chuście, itd./. Małe spóźnienie nie przeszkodziło w dobrych nastrojach, chyba, że dotyczyło to osób stojących. Tak, tak, frekwencja zaskoczyła organizatorów.

A później było już tradycyjnie: dużo śmiechu, oklaski dla gości i... sakramentalne pytania do autorów licznych publikacji dla rodziców: dlaczego?, po co? od kiedy? itd. Słuchacze żywo reagowali na wypowiedzi a tłumaczka miała dużo pracy, z której według mnie wywiązywała się bardzo dobrze!

Dlaczegóż więc nie spijałam miodu płynącego z tego spotkania?
Byłam tam w bardzo konkretnym celu. Chciałam usłyszeć jakie pytanie będą zadawać młodzi rodzice! Z krótkiego zagajenia zorientowałam się, że znaczna część obecnych na spotkaniu znała już zasady rodzicielstwa bliskości / mi bardziej odpowiada własny termin -rodzicielstwo w bliskości/.
Pytania, skierowane do państwa Searsów, wskazywały, że rodzice oczekują: wyjaśnień, potwierdzeń, ukierunkowań. Czyli nihil novi!

Większość z rodziców na początku swojej drogi ma wiele wątpliwości i rozterek. Szczególnie dzisiaj, gdy został wykreowany pogląd, że we wszystkim musimy być idealni: idealny pracownik, idealny samochód, idealne kontakty towarzyskie, idealna uroda i tym podobne oczekiwania. Więc każdy chciałby mieć idealne dziecko i być idealnym rodzicem. A tutaj rzeczywistość skrzeczy!

Będę wracać do podstaw filozofii / chyba zbyt wielkie słowo?/ rodzicielstwa bliskości. Teraz chcę spuentować swoja obecność na spotkaniu z amerykańskimi gośćmi.
Dla mnie bycie rodzicem wygląda trochę jak praca w kuchni. Chcę przygotować smakowitą i zdrową potrawę. Szukam przepisów, wybieram składniki, korzystam z doświadczeń wcześniejszych pokoleń, dodaję swoje i cały czas uczę się! Może i błądzę - nikt nie jest doskonały. Wiem jedno - moja potrawa jest przygotowywana z Miłością. Wierzę i ufam sobie. Zawierzam intuicji. Szanuję siebie,więc szanuje wszystko co jest ze mną związane. Potrawa będzie pyszna!
Promowana publikacja Marthy i Williama Searsów to niezła książka kucharska!

Dla zaciekawionych: w Poznaniu, nadal w Poznaniu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz