sobota, 5 września 2015

Nie można zostawić bez komentarza

Skandal w żłobku. Karmienie na siłę, straszenie - 40 zarzutów dla dyrektorki

Alicja Lehmann
 
05.09.2015 01:00
A A A Drukuj
Żłobek
Żłobek (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)
Owijanie ręcznikiem i karmienie na siłę, cztery obiady dla kilkunastu maluchów, nocniki ułożone w wannie jeden na drugim, niepodpisane szczoteczki do zębów, niewykwalifikowani pracownicy... zarzutów jest prawie 40. Dotarliśmy do sprawozdania z kontroli w poznańskim żłobku "Brzdąc".
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
W połowie wakacji wydział zdrowia podał do publicznej wiadomości informację o nieprawidłowościach w jednym z poznańskich żłobków. Chodzi o prywatną placówkę "Brzdąc", która mieści się przy ul. Ścinawskiej na Grunwaldzie. Właścicielką i dyrektorką żłobka jest Małgorzata Domańska. Urzędników zaalarmował jeden z rodziców. Przekazał im anonimowy list, który dostali wszyscy rodzice chodzących do żłobka maluchów. Urząd wszczął kontrolę. Zawiadomił też prokuraturę i obecnie sprawą zajmuje się policja. Po kontroli w placówce powstało sprawozdanie. Mamy jego treść.

Karmienie na siłę

Na 20 stronach kontrolujący piszą m.in.: "Z oświadczenia Pani (...) wynika, że zaobserwowała sytuację, że jedno dziecko podczas karmienia było otulone ręcznikiem i przypięte do fotelika, a Pani (...) na siłę karmiła chłopca, później brała go na ręce i tak karmiła", oraz "(...) rzuciła na buciki dziecka piaskiem, inne dziecko zrobiło to samo obsypując Panią (...), która powiedziała wówczas chłopcu, że jest niegrzeczny, ma usiąść na ławce i że babcia po niego dzisiaj nie przyjdzie". Właśnie te dwa zdarzenia są badane przez policję.

Co zastali w żłobku urzędnicy, gdy przyszli na kontrolę? Lista jest długa. M.in.: *nocniki, z których korzystają dzieci, leżały ułożone jeden na drugim w wannie, obok stał niezabezpieczony płyn do ich dezynfekcji; *na parapecie, w nieopisanych kubeczkach, przechowywane były szczoteczki do zębów; *materac do przewijania był zniszczony, miał porwaną ceratę; *piaskownica nie była zabezpieczona przed zanieczyszczeniem odchodami zwierząt, a zabawki, których było za mało, nie posiadały wymaganych atestów; *w kuchni urzędnicy znaleźli plastikowe talerze wielokrotnego użytku, które są przeznaczone dla dzieci między trzecim a siódmym rokiem życia (a przecież do żłobka uczęszczają maluchy do trzech lat); *w ogrodzie nie zamykała się bramka zabezpieczająca: "istnieje możliwość jej otwarcia przez dziecko" - napisali w sprawozdaniu urzędnicy.

Kłamstwa o kwalifikacjach personelu

Od dyrektorki żłobka kontrolujący próbowali uzyskać dokumenty potwierdzające wykształcenie i kwalifikacje personelu do opiekowania się dziećmi. Na stronie internetowej wciąż widnieje informacja o "profesjonalnej i wykwalifikowanej kadrze mającej doświadczenie pedagogiczne i medyczne".

W sprawozdaniu kontrolujący piszą: "w placówce nie pracują już wymienione na stronie internetowej opiekunki (...) wskazano, że ukończyła Uniwersytet Poznański na kierunku pedagogika opiekuńczo-wychowawcza - z oświadczenia złożonego w czasie kontroli wynika iż ww. ukończyła Technikum (...) i studiuje na I roku finanse i rachunkowość Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu".

Za mało porcji jedzeniowych

Kontrolujący placówkę sporo miejsca poświęcili kwestii żywienia dzieci. Próbowali dowiedzieć się, ile porcji dziennie zamawia dyrektorka i jak ma się to do jadłospisu pokazywanego rodzicom. Z przedstawionych dokumentów wynika, że śniadania i podwieczorki przygotowuje właścicielka. Obiady natomiast dowozi firma kateringowa. Na to pierwsze właścicielka nie ma odpowiedniego pozwolenia z sanepidu.

Udokumentowanie dowozu obiadów też wzbudziło wątpliwości kontrolujących. Z umów, które przedstawiła kobieta, urzędnicy wyliczyli, że średnio na ok. 18 maluchów serwowanych było ok. 10 zup i tylko 4-5 dań głównych. Ponadto właścicielka przedstawiła dwie faktury za obiady, ale kiedy kontrolujący zwrócili się do firm, które je wystawiły, z zapytaniem, ile porcji trafiło do żłobka, okazało się, że jeden dokument ma sfałszowane podpisy, a drugi był wystawiony na podstawie rachunku z przyjęcia komunijnego. Te wątki również bada policja.

Właścicielka żłobka nie potrafiła też udowodnić, jakie jedzenie kupuje dzieciom na śniadania i podwieczorki. Urzędnikom powiedziała, że robi zakupy łącznie i na rachunkach są też produkty do prywatnych celów. Na fakturach, które przedstawiła, urzędnicy znaleźli takie pozycje jak sushi czy piwo. Reszta produktów nie odpowiadała temu, co widniało w jadłospisie na konkretny dzień.

Swoje sprawozdanie urzędnicy kończą słowami: "Stwierdzone nieprawidłowości wskazują na brak staranności Dyrektora Żłobka w zapewnieniu (...) dzieciom bezpieczeństwa oraz odpowiednich warunków higieniczno-sanitarnych".

Do żłobka "Brzdąc" zapisanych było 25 dzieci.

Jak często kontroluje się poznańskie żłobki? I kiedy wcześniej kontrolowano "Brzdąca"? Rzeczniczka Urzędu Miasta Hanna Surma nie odpowiedziała nam wczoraj na te pytania.

Co na swoją obronę ma dyrektorka placówki Małgorzata Domańska? - Dostałam po kontroli zalecenia, do których się zastosuję. A pani pisze nieprawdę, więc spotkamy się w sądzie - ucięła.


Cały tekst: http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,36037,18712358,skandal-w-zlobku-karmienie-na-sile-straszenie-40-zarzutow.html#ixzz3kqULK8dW